Auschwitz-Birkenau - koszmar dla więźniów
Data: 02-01-2014 o godz. 17:15:03
Temat: Nauka


   Jakiś czas temu w naszej szkole pojawił się niecodzienny gość. Był nim pan Henryk Duszyk, były więzień Auschwitz (numer obozowy 192692). Spotkanie zostało zaaranżowane w celu przybliżenia i poznania historii ludzi przetrzymywanych w obozach podczas wojny...



   Pan Henryk opowiedział nam historię swojego życia. Chociaż w kilku momentach łamał mu się głos i łzy stawały w oczach, wszyscy byliśmy bardzo wyrozumiali, przecież ciężko jest mówić o takich trudnych rzeczach. W nas również obudził się smutek i szloch.

   Pan Duszyk pojawił się w obozie jako 9-letnie dziecko, wcześniej mieszkał i urodził się w Warszawie.

   Gdy miał 2 lata, jego mama zmarła, a ojciec po raz drugi ożenił się rok od śmierci pierwszej żony. Pan Henryk miał bardzo zły kontakt z macochą, która nie traktowała również zbyt dobrze jego starszej o 5 lat siostry – Poli. Siostra wyjechała do ciotki, aby kontynuować naukę, a on sam został z ojcem i macochą.

   "Dokładnie pamiętam ten dzień. Miałem wtedy 9 lat. Wyszedłem z domu, aby pomóc sąsiadce zbierać bób, nagle usłyszeliśmy odgłosy strzałów" – mówił.

   Do Auschwitz wywieziono go w czasie Powstania Warszawskiego, w sierpniu 1944 r. Do innych obozów trafili też jego ojciec i siostra. Przeżył tylko on. 

   Często nie miał co jeść, potrafił chodzić głodny nawet osiem dni… tak okrutni byli esesmanowie.

   Osiem miesięcy za drutami zniszczyło jego zdrowie. Do dziś boryka się z wieloma nabytymi w Auschwitz chorobami. Dwa razy został skatowany przez esesmanów za to, że bawił się w "nieodpowiednim miejscu".

   Udało mu się uciec z obozu. Pewnego ranka wstał i pobiegł prosto na peron, chcąc wsiąść do pociągu jadącego do rodzinnego miasta – Warszawy, niestety spóźnił się.

   Pomógł mu nieznajomy mężczyzna, który nakarmił go i pomógł dostać się do Warszawy. Gdy już tam dotarł, pobiegł pod dom w którym niegdyś mieszkał z nadzieją spotkania kogoś z rodziny albo z sąsiedztwa. Jak się okazało, dom był zburzony, został tylko gruz.

   Płaczącego chłopca, który siedział na gruzach swojego domu, zauważył żołnierz, który zaprowadził go w bezpieczne miejsce. Małym Henrykiem zajęli się obcy mu ludzie, którzy nakarmili go i wreszcie umyli (po 8 miesiącach).

   Potem koszmar się skończył, a pan Henryk znalazł się w placówce opiekuńczo–wychowawczej oraz kontynuował naukę. Skończył szkołę w zawodzie ślusarza. Rozpoczął pracę, a ludzie z chęcią mu pomagali, ponieważ nie miał już nikogo.

   Po kilku latach przez przypadek spotkał w tramwaju swoją macochę, która potwierdziła, iż jego siostra i ojciec nie żyją. Jej samej udało się przeżyć. 

   Obecnie pan Henryk nadal mieszka w Warszawie wraz ze swoją żoną. Należy też do wielu stowarzyszeń gromadzących ludzi, którzy przeżyli po Auschwitz. 

   Jesteśmy bardzo wdzięczni za to spotkanie, które przybliżyło nam historię Powstania Warszawskiego i pozwoliło poznać człowieka, który przeżył tak wiele.  



Szanujmy takich ludzi, bo oni są częścią historii naszego kraju i to oni walczyli o naszą Ojczyznę. Niestety takich osób jest coraz mniej… 






Artykuł jest z Zespół Szkół w Błędowie
http://www.bledow.edu.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.bledow.edu.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=1662