Konkurs olimpijski
Data: 19-04-2010 o godz. 18:55:44
Temat: Nauka


W tym artykule przedstawię wam pracę jednej z uczennic Publicznego Gimnazjum im. Polskich Olimpijczyków w Błędowie. Praca jest bardzo ciekawa i warta waszej uwagi i zainteresowania. Opowiadanie w dalszej części artykułu. Zachęcam do przeczytania!

Praca Pauliny opowiada o młodej dziewczynie, która uprawiała biegi narciarskie. Uległa ona strasznemu wypadkowi prawie na mecie biegu, który miała wielką szanse wygrać. Przeczytajcie, a sami się dowiecie co działo się dalej. 


Pozostało jej tylko kilka metrów do końca wyścigu. Wreszcie będzie pierwsza. Pokaże wszystkim, co to znaczy prawdziwe zwycięstwo. Udowodni, że jest lepsza od Anny. Poczuje tak długo wyczekiwany i ciężko zapracowany smak wygranej. Cały wolny czas poświęcała na treningi. Ćwiczyła z całych swoich sił i możliwości. Jeszcze kawałek… Jeszcze moment. I upadła… Jej narta zahaczyła o ledwo wystający, prawie niewidoczny korzeń drzewa. Przetaczała się po lodowatym śniegu, zatrzymując się nad krawędzią przepaści. Nie mogła się ruszyć. Kiedy leżała nieruchomo, jej rywalka dotarła do mety i to ona triumfowała. Z zaciśniętymi zębami patrzyła, jak ta cieszy się z wygranej, jak cieszy się z jej wypadku, że nie dotarła, nie mogła wstać. 
- Pomocy!!! Pomóżcie mi! Podnieście mnie!
Ratownicy przenieśli ją na nosze. Nie wiedziała, co się dzieje. Bała się, a jednocześnie była tak wściekła na los, na siebie, na ten cholerny korzeń i na Annę, na jej sukces. Już nigdy sobie nie wybaczy.
- Co mi jest? Dlaczego nie mogę się ruszyć? Co ze mną będzie?
Nikt nie chciał odpowiedzieć na jej pytania i nawet nie próbował tego zrobić.
- W szpitalu pani wszystko powiedzą…
Zaciskała zęby z bólu. Łzy cisnęły jej się do oczu. Nie mogła cofnąć czasu. To koniec! Koniec jej kariery sportowej.
Kiedy przewozili ją do szpitala, przed oczami przeleciało jej całe życie. Zdała sobie sprawę, że wypełniał je całkowicie biathlon, nie pozostawiając miejsca na nic innego. Nawet nie zdążyła nikogo poznać. Była taka młoda, świat stał przed nią otworem, mimo to nie mogła się ruszyć. Czuła, że nie jest dobrze. Bardzo bolał ją kręgosłup. Myślała o tym, że mogła być sparaliżowana, że już nigdy nie wstanie o własnych siłach. Nie założy nart. Dlaczego ona? Dlaczego nie ktoś inny?
Gdy dojechali, była bardzo słaba. Widziała tylko biały sufit, okrągłe lampy i tłum ludzi w białych fartuchach. Coś mówili, ale nie wiedziała co. Byli jacyś przejęci, jacyś zdenerwowani… Chciała zapytać, co się dzieje, ale czuła, że traci przytomność. Powieki stawały się coraz cięższe, same zamykały się pod własnym ciężarem. Pozostała tylko ciemność.
Po dłuższym czasie otworzyła oczy. Przymykała powieki pod wpływem jasnych promieni słońca wpadających przez okno. Przyszedł jakiś mężczyzna, sądząc po ubiorze, był to lekarz. Zasłonił okno.
- Co mi jest? Co się stało?
- Niech się pani nie denerwuje. Jest pani w szpitalu. Nic pani nie grozi.
- Dlaczego nie mogę się ruszyć? Proszę mi powiedzieć prawdę.
- W wyniku wypadku doznała pani urazu kręgosłupa, co powoduje brak możliwości ruchu.
- Ale to minie, prawda?
- Będę z panią szczery. Uraz jest poważny. Szanse na to, że kiedyś wstanie pani z łóżka o własnych siłach są nikłe.
Łzy spływały jej do ust. Była zła na cały świat. Tak strasznie się bała.
- Nie da się nic zrobić?
- Oczywiście intensywna rehabilitacja, ćwiczenia mogą wiele pomóc.
- Pomóc? Przecież powiedział pan, że nigdy nie wstanę!
- Zawsze jest szansa, nawet ta znikoma. Trzeba próbować…
- Proszę mnie zostawić samą.
Nie! To nie mogła być prawda. To musi być jakiś sen. Na pewno. Zaraz się obudzi i wszystko wróci do normy. Nie wierzyła w to, co się działo. To było niemożliwe. Czekała, ale nic się nie zmieniło. Więc to nie był sen. To była prawda. Chciała krzyczeć, ale nie było nikogo, kto mógłby ją wysłuchać. Została z tym sama.
Każdego dnia przychodzili do niej rehabilitanci, którzy ciągle powtarzali te same, nudne słowa:
- Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Będzie dobrze. Nie załamywać się.
Łatwo było im mówić. Oni nie byli w jej sytuacji. Nie czuli tego co ona. Ciągle szpitalne mury, lodowate ściany, pielęgniarki ze strzykawkami, karmienie, leżenie i robienie pod siebie. To było straszne. Czuła się jak bezradna życiowa ofiara. Nic nie mogła zrobić. Inni robili wszystko za nią.
W ten sposób minął miesiąc, potem drugi. Nawet nikt jej nie odwiedził. Rodzice przecież nie żyli. Była jedynaczką. A media? Nie chciała ich. Nie zniosłaby tych pytań, wątpliwości i ciągłego współczucia. Chciała być sama. Nie było nikogo, ko mógłby jej pomóc, kto naprawdę by ją zrozumiał. Leżąc tak i rozmyślając, ktoś przerwał jej chwilę odosobnienia.
- Dzień dobry.
Nie znała tego mężczyzny. Widziała go po raz pierwszy. Na pewno nie był to żaden z lekarzy. Przecież znała wszystkich dokładnie.
- Dzień dobry. Kim pan jest?
- No tak… nazywam się Paweł Korzyński, doktor Paweł Korzyński. Przyjechałem tu niedawno i słyszałem o pani przypadku.
Zapomniała, przecież była tylko przypadkiem, nieruchomą kaleką. Nie była już dla nikogo człowiekiem ani kobietą, która czuje, myśli, kiedyś miała plany na przyszłość.
- Przypadku? Zaciekawił pana czy chciał pan popatrzeć na kogoś, kto jest bezradny, kto jest nikim…
- Niech pani tak nie mówi, a nawet nie myśli. Każdy z nas jest kimś. Trzeba tylko w to wierzyć.
- Pan tak mówi, bo jest pan lekarzem, ma pan tytuł, szacunek innych ludzi, ułożone życie…
- Nie do końca jest tak jak pani to sobie wyobraża, ale nie przyszedłem rozmawiać o mnie. Jak już wspomniałem, przyjechałem niedawno z zagranicy. Zajmowałem się tam takimi urazami kręgosłupa jak pani.
- Nieuleczalnymi?
- Niezupełnie. Gdy inni nie dawali tym ludziom szansy, ja wykonywałem operacje przy użyciu najnowocześniejszego sprzętu i technologii, dzięki którym wracali do normalnego życia. Wstawali z łóżka!
- To niemożliwe! Przecież…
- Możliwe. Oczywiście po operacji również jest potrzebna intensywna rehabilitacja, ale będzie pani mogła chodzić.
- Mogłabym wrócić do… biathlonu?
- Do biathlonu? Nie wykluczone, trzeba tylko spróbować.
Spróbować. Dlaczego nie? Nie miała nic do stracenia. Mogła jedynie zyskać. Uwolnić się od bólu i bezradności, od litościwych spojrzeń i współczucia.
Zaryzykowała i zgodziła się. Dzięki temu lekarzowi została przeniesiona do szpitala w Niemczech, gdzie jak to określali „w tempie ekspresowym” mieli przystąpić do zabiegu.
Myśląc o Pawle Korzyńskim, czuła dozgonną wdzięczność za podjęcie się takiego trudu. Jednak oprócz tego, widziała w nim kogoś wyjątkowego. Wysokiego, przystojnego mężczyznę i jednocześnie mądrego i doświadczonego lekarza, wspaniałego człowieka.
Po operacji, która okazała się sukcesem, codziennie ją odwiedzał. Był przejęty, pytał czy wszystko w porządku i ten jego wzrok, sposób, w jaki na nią patrzył. To było nie do opisania. Z czasem zaczęła wyczekiwać jego wizyt. Czuła się przy nim kimś. Miała chęć i zapał do ćwiczeń. Dzięki częstym rozmowom z nim, stawała się silniejsza, wierzyła w lepsze jutro. Miała ogromną nadzieję, która była jej tak bardzo potrzebna.
Wytrwale ćwiczyła dążąc do wyznaczonych celów. Chciała wrócić do biathlonu, do swojej pasji i być dumną ze swoich czynów. Dzięki samozaparciu każdego dnia jej stan poprawiał się. Mogła ruszać palcami u nóg i rąk. Potem stopniowo całymi kończynami. To było zwycięstwo!
Minęły dwa lata. Sprawność powróciła, ale było ciężko. Codzienny trud, poczucie upokorzenia i ten straszny ból. Czasami rezygnowała. Nie chciała już nic. Brakowało jej sił, by dalej walczyć, ale prędzej czy później odzyskiwała je podwójnie.
Teraz, kiedy patrzy na to z odległości dwóch lat, jest z siebie dumna i rozpiera ją energia. Długa rehabilitacja, przezwyciężanie przeszkód, chwile załamania i wątpliwości. Jednak opłacało się. Ta choroba i cierpienie wiele jej dały. Wzbogaciły ją o nowe doświadczenia. Zrozumiała, jaki jest prawdziwy sens jej życia. Kiedyś liczyło się tylko i wyłącznie zwycięstwo, za wszelką cenę. Teraz było inaczej. Odkryła prawdziwe wartości, bez których nic nie ma większego znaczenia i zrozumiała, że ona sama jest kimś wyjątkowym.
Powoli wróciła do sportu. Nawet wystartowała w zawodach i zajęła trzecią pozycję. Wiedziała, że nie liczy się tylko najwyższe miejsce na podium i złoty medal, ale ciężka praca, która do tego prowadzi. Najważniejsze było dla niej zdrowie i każdy następny dzień na własnych nogach. Pokazała wszystkim, co to znaczy prawdziwe zwycięstwo.
                                                                               
 Paulina Andruszkiewicz

Zachęcam do dodawania komentarzy oraz wypowiadania się na temat swoich odczuć podczas czytania tekstu.






Artykuł jest z Zespół Szkół w Błędowie
http://www.bledow.edu.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.bledow.edu.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=1008