Publiczna Szkoła Podstawowa
im. Tadeusza Kościuszki w Błędowie

ul. Stary Rynek 9; 05-620 Błędów
tel: 486680356; bledow@home.pl
Szukaj
Temat
  Zarejestruj się Home  ·  Tematy  ·  Pliki  ·  Twoje konto  ·  Wyślij artykuł  ·  Top 10  
Menu
· Strona główna
· Archiwum artykułów
· Blogi
· Ciekawe strony
· Encyclopedia
· FAQ
· Forum
· Galeria
· Kontakt
· Pliki
· Poleć znajomym
· Statystyki
· Wyślij artykuł
· Zarządzanie kontem

Zawartość
·nasza szkoła
·świetlica szkolna
·Biblioteka i czytelnia
·plan lekcji
·samorząd uczniowski
·klasy
·nauczyciele
·pedagog
·psycholog
·dydaktyka
·absolwenci
·informator trzecioklasisty

Logowanie
Witaj, Anonymous
Pseudonim
Hasło
(Zarejestruj się)
Członkostwo:
Ostatni: owacuduq
Nowe dzisiaj: 3
Nowe wczoraj: 24
Wszystkie: 4333

Na stronie:
Gości: 390
Użytkowników: 2
Razem: 392

Teraz online:
01: owacuduq
02: yvewejo

Szczury- Rozdział 1
Wysłano dnia 16-05-2012 o godz. 15:25:42 przez Bartek

Publikacje Kashi napisał "
Gdyby ktoś życzył sobie przeczytać coś niezobowiązującego, to zapraszam do zobaczenia mojego tekstu...

W dni targowe na rynku było bardzo tłoczno. Dni targowych raczej nikt nie lubił. W wąskich i ciasnych uliczkach kupcy rozstawiali swoje stragany, czyniąc je nieprzejezdnymi. Dla własnego bezpieczeństwa należało w dni targowe pozostać w domach. Dosyć często zdarzało się, że ktoś nie wracał, kiedy zaplątał się w podejrzaną dzielnicę, czy zwyczajnie jego aparycja nie spodobała się komuś wpływowemu. Liczne bójki, tak na ulicach, jak w karczmach, też nie były najlepszą perspektywą na dożycie późnej starości. Nikt jednak nie brał sobie tego do serca. Ktoś zginął? Wola boska. Ktoś oberwał? Po co się wychylał? Ku wielkiej uciesze tłumu dostawał nauczkę. Następnym razem był ostrożniejszy.


Jednego tylko nie można było darować. Kradzieży. O pieniądze w Wietrznej Dolinie było niezwykle trudno. Przeciętny obywatel zarabiał cztery muiteny* miesięcznie. Starczało na skromne wyżywienie i podatki dla jednej osoby. Nic poza tym. Jedyną formą rozrywki były egzekucje, bójki i właśnie dni targowe. Nie należy się, więc dziwić, że ludzie, ile ich było w Wietrznej Dolinie, wychodzili ze swych domów, by nacieszyć się barwnym widokiem. A cieszyć się było czym.

   W samym środku rynku ustawiona była scena, drewniany podest, gdzie artyści z wędrownej trupy aktorskiej dokazywali ku uciesze tłumu. Prym wiodła młoda dziewczyna, ubrana w fiołkową suknię i bordowe ciżemki, wiązane na kostkach. Przy każdym zgrabnym ruchu, pobrzękiwała złotymi bransoletkami. Zielone oczy spoglądały filuternie spod długich rzęs. Przy gwałtownym ruchu kręcone włosy opadły na ramiona kobiety. Wygięła się w łuk i dotknęła palcami zgrabnej łydki, odsłaniając, niby przypadkiem, kolano. Jednocześnie błysnęła źrenicami w stronę przystojnego młodzieńca, odzianego w bogato zdobiony płaszcz i z mieczem przy boku. Tamten omal nie jęknął z rozkoszy, kiedy podeszła do niego i pocałowała prosto w usta, jednocześnie ściągając mu z palca pierścień z rubinem. Tonąc w zielonym oceanie, zupełnie nie zwrócił na to uwagi. Nie zaszczycił również zainteresowaniem chłopca, który, z zadziwiającą łatwością, wyjął mu z torby sakwę. Złodziejaszek, pozbawiwszy bogacza ciężaru, kierował swe kroki do kierownika trupy, który przyglądał się łupowi z niemałym zadowoleniem. Nigdy jednak tam nie dotarł. Jakaś zakapturzona postać wytrąciła mu woreczek z ręki. Miedziane trójkąty posypały się na bruk. Tłum w lot pojął istotę tego incydentu. Patrzyli nienawistnie w stronę aktorów-złodziei. Nastoletni opryszek zdał sobie sprawę, że poniesie niemiłe konsekwencje tego zdarzenia. Nie cierpiał batów, które wymierzał mu Szmul, kierownik trupy. Traktował go jak niewolnika, od czasu gdy przyłapano go na kradzieży. Jeśli teraz da się złapać, już nigdy nie zdobędzie zaufania i szacunku. Jego oczy wypełniły się łzami. W przypływie gniewu, chwycił za nóż ukryty w bucie. Nieznajomy - winowajca wciąż stał w tym samym miejscu. Wystarczyło się tylko zamachnąć. Broń weszłaby w pierś, jak w masło. Nigdy jednak nie zadał ciosu. Nóż wypadł mu z ręki, pod wpływem żelaznego uścisku. Krzyknął z bólu i bezsilności. Ostatnim, co zobaczył przed upadkiem, były intensywnie zielone, świecące okrutnym blaskiem, oczy. Przesycony cynizmem, bezwzględnością i czymś jeszcze, czającym się głęboko, czymś, czego nie potrafił zidentyfikować, wzrok zrobił na nim wielkie wrażenie. Po raz pierwszy od wielu lat poczuł strach. Pierwotny i wszechogarniający strach. To nie był wzrok cywilizowanego stworzenia. W dodatku, po raz pierwszy od bardzo dawna, trafił mu się przeciwnik, będący najwyraźniej jakąś zagadkową osobowością. Nie miał jednak czasu dłużej się nad tym zastanawiać.

- Złodziej!- Krzyknął ktoś z tłumu.- Łapać złodzieja!

- Ci aktorzy to złodzieje!- Zawtórował ktoś inny.

Nie czekając, aktorzy wzięli nogi za pas, uciekając przed rozwścieczonym tłumem. Nasz drogi pechowiec nie zdążył jednak podążyć za nimi. Już miał się podnosić z klęczek, kiedy poczuł zimno stali na swojej szyi. Nawet nie wiedział, kiedy zamknął oczy tak, że teraz powieki miał mocno zaciśnięte. Zebrał się w sobie i kiedy wreszcie odważył się otworzyć oczy, ujrzał na powrót nieziemsko błyszczące oczy. Ten obraz miał go nawiedzać potem jeszcze długo w sennych koszmarach. Ich właściciel przedstawiał się nie mniej ,,uroczo". Wysoki i szczupły, zdawał się niewiele starszy od klęczącego chłopaka. Nie przypominał jednak, w żadnym stopniu, mężczyzn w podobnym mu wieku. Jeżeli kiedykolwiek szczerze się uśmiechał, musiał to robić bardzo rzadko. Można było zauważyć przedziwną sztywność mięśni wokół oczu i ust. Nie stronił jednak od przeróżnych grymasów. Od złości począwszy, na imitacjach uśmiechu skończywszy. Młodzieniec wytężył ponownie wszystkie swoje zmysły, jednak wciąż miał problemy ze zidentyfikowaniem jego zawodu. Kruczoczarne, układające się równymi pasmami wokół głowy włosy było raczej zadbane, choć nie tak jak w przypadku rodzin arystokratycznych. Nie pochodził więc z dobrego domu. Nie mniej jednak, zęby i porcelanowa cera prezentowały się nadzwyczaj dobrze. Wspaniale utrzymana tkanka kostna błyszczała w pełnym słońcu spod lekko rozchylonych warg. Co przeczyłoby niskiemu pochodzeniu. Stąd wniosek, że nie był przestępcą, ani nie należał do żadnej organizacji trudniącej się bezprawiem. Chociaż... ale na pewno nie był ,,chłopcem na posyłki”. Cała jego sylwetka wskazywała na wzmożoną aktywność fizyczną. Pomimo wychudzenia, pewnie często brakowało mu pieniędzy, mięśnie były wyraźnie zarysowane. Przy tak gwałtownym ruchu, jak obalenie kogoś na ziemię, nie zmęczył się wcale i nie znać było po nim stresu. Pewnym było, że nie pierwszy raz znajduje się w takiej sytuacji. Przerażająco powolnym, a zarazem drapieżnym ruchem, postąpił kilka kroków. Nachylił się tak, by jego twarz znalazła się na wysokości twarzy chłopca. Popatrzył przez chwilę na twarz młodzieńca, jakby go oceniał. Po chwili na jego twarz wystąpiła nowa mina. Kąciki warg z prawej strony powędrowały do góry, a jakiś tajemniczy błysk rozświetlił na chwilę nieprzeniknione źrenice. Był to uśmiech drwiący i pełen politowania. Nieszczęśnik odebrał go jednak tak, jakby górujący nad nim przeciwnik zamierzał go, co najmniej, zjeść na kolację. Jakie więc musiało być jego przerażenie, kiedy tamten przemówił do niego głosem, zimniejszym jeszcze niźli stal przy jego gardle.

-Jesteś kretynem.- To krótkie stwierdzenie otrzeźwiło na chwilę chłopaka, który drżącym głosem, najgrzeczniej jak potrafił, odważył się zabrać głos:

-Wybacz mi, Panie, ale nie mam pojęcia, dlaczego tak twierdzisz.

-Nie wiesz właśnie, dlatego, że jesteś kretynem.- Nieznajomy rozejrzał się, marszcząc brwi i wyraźnie niezadowolony, odciągnął młodzieńca za koszulę, kilka metrów dalej. Schowawszy się w cieniu starych, zmurszałych budynków, podjął przerwany wątek.- Wiesz w ogóle, co ty chciałeś zrobić? Wiesz, jakie kłopoty mogłeś na siebie ściągnąć?

-Niestety, Panie, nie mam pojęcia.

Widocznie to nie była prawidłowa odpowiedź, gdyż mężczyzna schował broń i gwałtownym ruchem chwycił chłopca za jasne kosmyki włosów. Szarpnął nim i obrócił w ten sposób, żeby młodzian miał doskonały widok na plac. Tamten chciał się wyszarpnąć, jednak nieznajomy miał mocny uścisk. Syknął z bólu, ale tamten ani trochę się tym nie przejął. Nawet nie poluzował chwytu. Po krótkiej chwili, kiedy upewnił się, że chłopiec na pewno ma widok na to, co chciał mu pokazać, podjął spokojnym, wyżutym z emocji głosem:

-Teraz popatrz i pomyśl, jak wielkie głupstwo chciałeś popełnić.

Chłopak nie kwapił się jednak z wykonaniem polecenia, więc dostał tak porządnego kuksańca w bok, że wciągnął ze świstem powietrze i wyprężył się zaskoczony. Jego kat tylko na to czekał. Przyparł młodzieńca do muru w taki sposób, że skrępowane ręce nie miały możliwości ruchu.

-To nie było konieczne, jeśli byś się słuchał, bachorze.- wysyczał mu do ucha nieznajomy.- A teraz patrz albo podzielisz ich los.

Nie mając wielkiego wyboru chłopak spełnił polecenie mężczyzny. Jednak to, co zobaczył, przeszło jego najgorsze wyobrażenia o karze, którą ponieśliby jego towarzysze za swój haniebny proceder.

 

Kilkoro postawnych mężczyzn wtoczyło się ciężko na podest i z chytrymi półuśmieszkami okrążyli dwójkę ludzi. Dziewczyna skamieniała. Z policzków znikły rumieńce, zastąpiła je trupia bladość. Zamiast uciekać, wytrzeszczyła oczy i zacisnęła pięści tak mocno, że, aż pobielały jej knykcie. Rozejrzała się wokół wzrokiem zaszczutego zwierzątka. Omiotła wzrokiem wściekły tłum, skąd powolnym i dostojnym krokiem wyszedł na podest ów młody człowiek, którego bezwstydnie okradła. Z zaciętą miną wyciągnął miecz z pochwy. Dziewczyna wydała z siebie krzyk grozy. Gwałtownym ruchem głowy odwróciła się w stronę kierownika trupy. Od dawna jednak nie było z nim kontaktu. Dwójka drabów z tyłu nie omieszkała dobitnie wyrazić, co o nim sądzą. Folgując swej złości kopali leżącego na ziemi człowieka, który, cały zalany krwią, nie ruszał się od dobrych kilku minut.

Wykrzywiła buzię niczym małe dziecko przyłapane na czymś niedozwolonym. Zwiesiła głowę i zaniosła się cienkim, przerywanym szlochem. Tłum popatrzył po sobie niepewnie.

Chłopcu, który zmuszony był cały czas patrzeć na krzywdę dziewczyny, jedynej przyjaznej mu istoty, serce się krajało. Chciał tam pobiec i jej pomóc, ale wciąż był krępowany przez nieznajomego. Kiedy zobaczył, jak dziewczyna podnosi głowę i wielkimi, mokrymi oczami patrzy na stojącego przed nim oprawcę, miał ochotę zawyć z bezsilności. Zesztywniał nagle, słysząc wybuch śmiechu mężczyzny stojącego za nim. Ten śmiech, zimny, drwiący i pełen wzgardy, sprawił, że choć nie był już przytrzymywany, nie ruszył się ani o krok. Nieznajomy patrzył z zimnym błyskiem rozbawienia w oczach, jak okradziony bogacz mięknie i pochyla się nad dziewczyną uśmiechając się lekko. Tamta podniosła na niego swe piękne oczy i ze skruszoną miną zastyga w służalczej pozie. Młodzieniec uśmiecha się jeszcze szerzej i bardziej dobrotliwie. Wyciąga dłoń, by pomóc wstać dziewczynie. Pomoc zostaje przyjęta, jednak, rzecz niesłychana! Nagle ze skruszonej winowajczyni zamieniła się znów w bezwzględną, pewną siebie kobietę.

Kiedy znalazła się już w objęciach mężczyzny, sięgnęła szybkim ruchem za pas i srebrny kozik błysnął w świetle słońca, by zniknąć w ramieniu szlachetnego mężczyzny. Tamten wydał z siebie okrzyk bólu i osunął się na ziemię w ramiona mężczyzn na podeście. Korzystając z zamieszania dziewczyna wzięła nogi za pas i znikła za rogiem pobliskiej ulicy.

 

-Fantastycznie! Znakomicie odegrane.- nieznajomy, choć wyśmienicie czuł się w chłodnej masce obojętności, nie mógł ukryć podziwu dla sprytu młodej dziewczyny.- Ale dość już tego.- jego głos w sekundę przybrał nieco stalowych nutek.- Komedia dobiegła końca, teraz nasza kolej...

To mówiąc, zagwizdał. Po chwili zza rogu wyszedł postawny mężczyzna. Umięśnionymi ramionami trzymał młodą złodziejkę, która zawzięcie starała się wyrwać. Wykrzykiwała piskliwym głosem słowa ogólnie uchodzące za niezbyt przyzwoite, więc została uciszona dłonią mężczyzny, która spoczęła na jej ustach. On sam uśmiechnął się dobrodusznie wąskimi wargami i postawił dziewczynę na ziemi, wciąż jednak jej nie puszczając.

-Młoda damo, nie wypada tak zachowywać się w towarzystwie.- powiedział miękkim, łagodnym tonem rozbawiony bezskutecznymi zmaganiami kobiety.

Znany nam już jego towarzysz parsknął.

Mężczyzna uniósł głowę. Złote włosy zalśniły w świetle słońca. Spojrzał błękitnymi oczyma na wiecznie skrzywionego przyjaciela i odezwał się lekko naburmuszony:

-Mogę wiedzieć, z czego się śmiejesz? Bo ja nie widzę tu nic zabawnego.

-A ja widzę. Ma sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, kędziorki i sposób bycia wymuskanego arystokraty. Dla twojej wiadomości: ty właśnie tą dziewczynę porwałeś.

-Nie da się ukryć.

-Więc grzeczności zachowaj dla swojej żony, a nie dla pierwszej lepszej ulicznej złodziejki.

-Nie pouczaj mnie, Kruku.

-Nawet nie próbuję. Zaraz wyłożyłbyś mi sto powodów, dla których się mylę i poparłbyś je swoimi ulubionymi cytatami z książek. I skończ wreszcie z tym ,,Krukiem”, Brutusie!

-Zamiast ze mnie żartować może nadrobiłbyś swoje zaległości w literaturze? A co do twojego przezwiska: nie moja wina, że znamy się pięć lat, a ty nadal nie wyjawiłeś mi swojego imienia!

-Nie mam czasu na czytanie książek. Doskonale wiesz, że pracuję nad awansem. I to nie tylko moim, ale także i twoim! A jeżeli chodzi o moje imię: chyba mi coś obiecałeś prawda?- ostatnie zdanie czarnowłosy mężczyzna wycedził z zaciśniętymi zębami.

Blondyn pobladł i przez chwilę trwała niezręczna cisza.

-Przepraszam... nie chciałem Ci tego wypominać.- Brutus skłonił lekko głowę, uginając jednocześnie karku. Po chwili ciszy obrażony powtórzył ten ceremoniał, przyjmując przeprosiny.

-Zajmijmy się naszym awansem.- powiedział z pozoru lekkim tonem Kruk, po czym, odwrócił się do młodego chłopca, który stał nadal w tym samym miejscu ze złowrogim błyskiem w oku. Przy gwałtownym ruchu ciemny płaszcz zawirował ukazując czarną luźną koszulę, równie czarne spodnie i pas. Oraz, najbardziej niepokojący- długi, cienki miecz i dwa sztylety.

- Zaprowadzisz nas do kupca Naasaba, z którym widziałeś się wczoraj. Nawet nie próbuj zaprzeczyć. Jeśli nie, dziewczyna zginie.

Błyszczące ostrze natychmiast znalazło się pod gardłem dziewczyny. Z miny mężczyzny można było zupełnie wykluczyć jakikolwiek blef. Zabije ją bez wahania. Jednak rozwścieczony tłum był przyjaźniejszy.

- Nie będę czekał- do uszu chłopaka dobiegło zirytowane syknięcie.- Brutus.

Drugi mężczyzna z miną cierpiętnika przejechał po gardle dziewczyny. Ta pisnęła cienko.

- Nie, czekaj! Zaprowadzę!

Dziewczyna natychmiast wylądowała na bruku. Nie poderżnęli jej gardła. Na szyi było tylko niewielkie rozcięcie, z którego sączyła się pojedyncza strużka krwi.

- Z-zaprowadzę...- wyjąkał ze ściśniętym gardłem jeszcze raz, dla pewności.

 

*muiten- wymyślona przeze mnie waluta.

"

 
Pokrewne linki
· Więcej o Publikacje
· Napisane przez Bartek


Najczęściej czytany artykuł o Publikacje:
Trochę poważne wiersze.


Oceny artykułu
Wynik głosowania: 5
Głosów: 3


Poświęć chwilę i oceń ten artykuł:

Wyśmienity
Bardzo dobry
Dobry
Przyzwoity
Zły


Opcje

 Strona gotowa do druku Strona gotowa do druku


Komentarze są własnością ich twórców. Nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść.

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

 


 

PHP-Nuke Copyright © 2005 by Francisco Burzi. This is free software, and you may redistribute it under the GPL. PHP-Nuke comes with absolutely no warranty, for details, see the license.